Barbaro:
Myślę, że chodzenie trójkami uzasadnione - w przypadku Gerlachu. Nie znam innych szczytów na które wejść można wyłącznie z przewodnikiem. Im mniej osób idzie tym jest bezpieczniej - przewodnik mówił nam wprost "postawcie nogę tu, postawcie tam, skałę złapcie tak a nie inaczej" W większej grupie trudniej byłoby kontrolować ruch każdego...
Barbaro:
Myślę, że chodzenie trójkami uzasadnione - w przypadku Gerlachu. Nie znam innych szczytów na które wejść można wyłącznie z przewodnikiem. Im mniej osób idzie tym jest bezpieczniej - przewodnik mówił nam wprost "postawcie nogę tu, postawcie tam, skałę złapcie tak a nie inaczej" W większej grupie trudniej byłoby kontrolować ruch każdego jej członka.
Wszyscy byliśmy związani jedną liną. Była asekurowana- o haki w skałach, same wystające skały. Ale nie zawsze !
Czasem przewodnik szedł niosąc linę w ręce. Wiadomo robił to w momentach kiedy miał świadomość że są łatwiejsze.
Jeden zły krok członka ekipy i lecą wszyscy. Dlatego lepiej iść w mniejszym gronie.
I jeszcze jedno - lina ma swoją wytrzymałość. Przewodnik mówił, że do trzech ton. Nas szło: 1 kobieta i 3 facetów.
Myślę sobie jednak - im mniej, lżej tym lepiej, dla nas i dla liny.
W większej grupie wejście/zejście byłoby o wiele dłuższe - czasowo(każdego trzeba pilnować)
Łańcuchy zlikwidowano ponieważ wcześniej pomimo zakazu wchodzenia bez przewodnika ludzie i tak wchodzi.
W momencie kiedy łańcuchy zniknęły(i do tego zatarto oznaczenie szlaku) wejście na Gerlach dla przeciętnego człowieka stało się bardziej utrudnione. Trzeba już postarać się o liny, uprząż itd.
Nakaz wchodzenia z przewodnikiem wprowadzili Słowacy. Są tacy przewodnicy, którzy zabierają większe grono turystów.
Na własną odpowiedzialność. Jednak liczą się z tym, że zapłacą karę jeśli będzie kontrola.
Tyle, że Słowak Słowakowi pójdzie na rękę. A w całej tej historii tracą znów Polacy. Jeśli kontrola złapie Polaka wprowadzającego więcej niż 3 to kara gwarantowana.
Co do schodzenia. Jeśli o mnie chodzi. Strasznie dostały kolana, bolą do dzisiaj. Trzeba uważać na każdym kamieniu, bo może okazać się, że jest ruchomy i lecimy wprzód.
Na pionowych ściankach bywały stopnie/schodki metalowe. Niestety czasem brakowało jednego, albo dwóch z nich.
Nie dość, że nie widać co jest dalej, to jeszcze trzeba daleko sięgać (w takich miejscach okazywałam się za niska)
Przy schodzeniu jest też inna praktyka - przewodnik idzie na końcu. Gdybyśmy lecieli w dół - zdąży wtedy linę asekurować.
A osobie która w tym wypadku idzie pierwsza, wskazując drogę do pokonania rzuca kamykiem z komentarzem "do tego miejsca musimy dojść".