Tekst nie jest oparty na bajaniu w stylu "wydaje mi się" i "tak słyszałem" ale na obserwacjach sytuacji w róznych rodzinach wokół mnie - powtarzalność tej sytuacji skłoniła mnie do napisania takiego a nie innego tekstu. Absolutnie nie sądzę, że jak ktoś jest po 30-ce, to nie radzi sobie ze światem opanowanym przez krwiożercze...
Tekst nie jest oparty na bajaniu w stylu "wydaje mi się" i "tak słyszałem" ale na obserwacjach sytuacji w róznych rodzinach wokół mnie - powtarzalność tej sytuacji skłoniła mnie do napisania takiego a nie innego tekstu. Absolutnie nie sądzę, że jak ktoś jest po 30-ce, to nie radzi sobie ze światem opanowanym przez krwiożercze nowoczesne technologie ;) Po prostu często dzieje się tak, że rodzice sobie z nimi rady nie dają, a dla ich dzieci są one często podstawowym budulcem ich świata - wtedy mogą oni (mogą, nie muszą!) stracić wiele w oczach dzieci, jako osoby nie obeznane z czymś tak dla nich podstawowym i fundamentalnym.
Jest to jeden z moich pierwszych artykułów, pewnie zbyt emocjonalny i przesadzony, ale w takich wnioskach nie jestem odosobniony. Kilka dni temu trafiłem na esej guru cyfrowej edukacji - Marca Prensky'ego, w którym podzielił dzisiejsze społeczeństwo na „cyfrowych tubylców” i “cyfrowych imigrantów”. Dla ludzi urodzonych w latach 80. - cyfrowych tubylców - nowe technologie to naturalne środowisko życia, Cyfrowi emigranci to ludzie urodzeni wcześniej, nie znają języka nowych technologii, jest on wtórny, muszą się go dopiero nauczyć. Dla Prenskiego jest to bariera we współczesnej - nauczyciele, którzy gorzej orientują się w dzisiejszym świecie, coraz bardziej opartym na nowoczesnych technologiach mają uczyć dzieci, dla których jest on czymś dobrze znanym, przyswajają go automatycznie, z marszu.