Byłam na Lednicy raz, trzy lata temu. Był to okres moich wielkich duchowych przemian i długo uważałam to spotkanie za ważny czynnik mojej wewnętrznej odbudowy. Potem się nie składało, żeby tam wrócić. W końcu zupełnie bez związku ze spotkaniami lednickimi związałam się z dominikanami i dopiero wtedy zaczęły mi się otwierać oczy. Teraz widzę, że wybierając...
Byłam na Lednicy raz, trzy lata temu. Był to okres moich wielkich duchowych przemian i długo uważałam to spotkanie za ważny czynnik mojej wewnętrznej odbudowy. Potem się nie składało, żeby tam wrócić. W końcu zupełnie bez związku ze spotkaniami lednickimi związałam się z dominikanami i dopiero wtedy zaczęły mi się otwierać oczy. Teraz widzę, że wybierając taki fundament, postawiłam dom na piasku. Lednica to wielkie emocje, gadżety, symbole i niewiele więcej. Prawdziwa wiara nie opiera się na emocjach. Prawdziwa wiara opiera się na wierze, a to nie zawsze musi być ciekawe i wiązać się wyłącznie z przyjemnościami. Pasjonaci spotkań lednickich często boją się przyznać, że tak naprawdę w kościele może być nudno, że można wielu rzeczy nie rozumieć. Przekaz Bramy III Tysiąclecia, rybek rozdawanych uczestnikom, ściągania masek itd. jest prosty, ale niestety w wierze w Boga - takiego czy innego - nie chodzi o to, żeby wszystko upraszczać. Wręcz przeciwnie, często trzeba sobie pewne rzeczy utrudniać, zadawać pytania - i to nie tylko te w rodzaju "czy wierzę w Boga?". Na Lednicy odpowiedzi są związane z psychologią tłumu.
Podsumowując, spotkania lednickie są, według mnie, słabym punktem dominikańskiego duszpasterstwa młodych. Wzbudzanie emocji jest proste, ale z tymi rozbudzonymi emocjami młodzi ludzie zostają sami. Prędzej czy później emocje opadają, a oni - a my - zostajemy z ręką w nocniku: co ja tu, do jasnej Anielki, robię?