Robert B. Cialdini pisze m.in. o tym (co nie jest zresztą jakimś wielkim odkryciem dla tych, którzy Cialdiniego nie czytali), że wszelkie zasady marketingowe muszą być dostosowane do specyfiki kulturowej danej klienteli. W przeciwnym razie nigdy nie będziemy wiedzieli, dlaczego odnieśliśmy sukces, bądź tez porażkę. Jeśli zyję w...
Robert B. Cialdini pisze m.in. o tym (co nie jest zresztą jakimś wielkim odkryciem dla tych, którzy Cialdiniego nie czytali), że wszelkie zasady marketingowe muszą być dostosowane do specyfiki kulturowej danej klienteli. W przeciwnym razie nigdy nie będziemy wiedzieli, dlaczego odnieśliśmy sukces, bądź tez porażkę. Jeśli zyję w kraju/kulturze/społeczeństwie o kulturze językowej mówienia do wszystkich (niezależnie od wieku, wykształcenia, itp.) na "ty" - taką kulturą jest np. kultura anglosaska - mówimy do wszystkich na "you" - to nie mogę tych samych mechanizmów przenosić do języka, gdzie istnieje forma językowego wyrażania szacunku (np w j. francuskim do osób starszych/.nieznajomych/tych których darzymy szacunkiem: "Vous", w niemieckim "Sie" a w j. polskim Pan/Pani. I nie dziwmy się jeśli do osoby starszej od nas/nieznajomej powiemy na "ty" i ona się obrazi. To całkiem naturalne w naszej kulturze - po prostu nei jesteśmy przywyczajeni do formy "ty"="you"w oficjalnym języku. Takie zwyczaje językowe sa uwarunkowane historycznie i kulturowo. Nie da się ich zmienic z dnia na dzień. Na to trzeba lat, pokoleń.
Arabowie dokonują transakcji mając niemal twarz przy twarzy (odległość max. do 10-20 cm) - czują swój oddech i patrzą sobie w oczy. Gdy przeniosą te same mechanizmy komunikacyjne na grunt np europejski, gdzie dopuszczalna odległość w rozmowie 2 nieznanych sobie ludzi wynosi od ok pol metra wzwyż, zdziwią się bardzo, bo ich europejscy rozmówcy zaczną się od nich oddalać. Dlatego np negocjatorzy hadlowi sa szkoleni m.in. z tego, jakie zwyczaje (równiez językowe) panują w danym kraju. Wszystko to po to, aby nie popełnic faux pas (albo, jak chciał Lepper "fa pa").
Nie mam nic przeciwko badaniom kulturowym, komunikacyjnym, marketingowym itp. - sama się często do nich uciekam. Jednakże rzeczą niemoralną i trochę okrutną jest wymyślanie kontrowersyjnych strategii i nakazywanie ich stosowania pracownikom. Pozbierałam wiele opnii od pracowników, którzy skarżą się, że to na nich skupiaja się wyzwiska, oznaki niezadowolenia "nowa strategią' klientów. Pomysłodawcy/stratedzy uważaja swój pomysł za rewelacyjny, ale nigdy nie staną "na kasie" i nie dowiedza się, jak to jest zostać do czegoś zmuszonym i oberwać od klienta za czyjść mniej lub bardziej udany standard obsługi klienta.
Zgodnie z informacją, którą podała Pani Monika Marianowicz, z PR&Event Manager, pracownicy są zachęcani do tej metody "odpowiednią argumentacją, tłumaczeniem" a większość klientów jest zadowolona z nowej metody (która sama w sobie nei jest zła - pod warunkiem, że wprowadza się ją bez przymusu i stosuje wobec stałych klientów, a sklep ma charakter kameralny).
Posiadam bezpośrednie informacje od pracowników E, co wiąże się z prowieniencjami tego artykułu. Pracownicy wszystkich Empików (a więc również tych dużych, megastore'ów) są zmuszani (w niektórych salonach mniej, w niektórych bardziej "przyzwoitymi" metodami) do stosowania w/w strategii, niezależnie od tego, czy są do niej osobiście przekonani czy nie. I to, moim zdaniem, nie jest w porządku. Nieprzekonanym polecam znakomity artykuł Jacka Żakowskiego pt. "Waga odwagi" z ubiegłotygodniowej "Polityki" (nr 17)
Proponuję również zastanowić się nad tym, jaki typ dziennikarstwa wolimy (pamiętajmy, że każdy człowiek z natury ma mniej lub bardziej wyrobione zdanie na dany temat) - czy taki, gdzie dziennikarz nie boi się mówić, co myśli na dany temat i z gruntu przynaje się do obstawianego stanowiska - nie udaje obiektywnego, nie manipuluje by pozyskać czytelnika, gdy wie, że ma swoją, wyrobiona od dawna opinię na dany temat (typ Ryszarda Kapuścińskiego, Janiny Paradowskiej Jacka Żakowskiego, Hanny Lis, która odmówiła przeczytania zmanipulowanej przez Farfałowskie środowisko informacji w "Wiadomościach"), czy taki, gdzie dziennikarz udaje obiektywnego, pomimo tego, że wie, iz obiektywizm jako taki nie istnieje, oszukuje czytelnika/widza oraz samego siebie, nierzadko występuje przeciwko własnym ideało, wręcz wyrzeka się ich by utrzymać/zdobyc pracę (wszyscy pracownicy mediów, zwłaszcza telewizji publicznej, dziennikarze pracujący "na akord" w redakcjach, których tło ideowe im z gruntu nie odpowiada).