W Niemczech też nie przetestowałam wszystkich uniwerków, Drogi Łukaszu. Różnica jest jednak ta, że "przetestowałam" jeden w Niemczech i jeden w Polsce. I mam porówananie. Mam też masę znajomych na uniwerkach w Polsce, w Niemczech, w Anglii, Hiszpanii, Grecji, Francji, na Węgrzech itd. I słyszę, co opowiadają. Tematem mojego artykułu były studia...
W Niemczech też nie przetestowałam wszystkich uniwerków, Drogi Łukaszu. Różnica jest jednak ta, że "przetestowałam" jeden w Niemczech i jeden w Polsce. I mam porówananie. Mam też masę znajomych na uniwerkach w Polsce, w Niemczech, w Anglii, Hiszpanii, Grecji, Francji, na Węgrzech itd. I słyszę, co opowiadają. Tematem mojego artykułu były studia w Niemczech, które wiem jak wyglądają, bo tu już jakiś czas mieszkam. I brałam udział w strajkach studenckich, kiedy zaczęło dziać się źle. I widzę skutki. Pozytywne.
W Polsce nigdy przedtem nie studiowałam. Słyszałam wiele opowieści. Chciałam zobaczyć, jak to wygląda w praktyce. I zobaczyłam. I jestem wniebowzięta, że jakiś czas temu wpadła mi do głowy myśl, by może wyjechać na studia do Niemiec...
Co do różnic kulturowych: wybacz, ale profesor, który pozwala sobie na sprośne żarty, naładowane seksualnymi podtekstami powinien wylecieć z pracy z dnia na dzień. Obojętnie w jakim kraju wykłada.
Profesor, u którego ponad połowa studentów co semester ma komisa- tak samo. Bo to albo oznacza, że on nie umie nauczać, albo że ci studenci to jakieś, za przeproszeniem, ciołki. A w to wątpię.
A system, w którym student uczyć musi się rzeczy absolutnie mu do życia zbędnych, nadaje się do poprawki. I róźnice kulturowe nie mają tu nic do rzeczy.
Co do listy obecności- uwierz, że to czy ktoś mnie wyśmiewa, czy nie- jest mi absolutnie i totalnie obojętne.
Ja, z zasady, nie wyśmiewam nikogo. Każdy ma prawo do swojego zdania- główna me dewiza.
Dlaczego lista obecności (bądź jej koszmarne na głos odczytywanie) uwłacza, moim zdaniem, studentom i docentom? Bo zakłada z góry oszustwo oboja grup: tzn. że docent jest na tyle nudny i beznadziejny, że o ile nie sprawdzi obecności, to nikt nie przyjdzie (więc po co go tam trzymać..?), albo, że studenci to banda dzieciaków, której się nic nie chce i, która tylko kombinuje, jakby tu docentów oszukać. Trzecia możliwość: zajęcia są zupełnie niepotrzebne, więc robimy sztuczny tłum.
W Niemczech wprowadzili jakiś czas temu listę obecności- przetrwała jeden semestr. I dziś, po jej zniesieniu na salach jest dokładnie tyle samo osób, jak wtedy kiedy obowiązywała. Nie chodzi o to, że chcę by znieść listę obecności, żeby się fajnie "wagarowało". Jej nie powinno być, bo zwyczajnie nie przystoi poważnym i odpowiedzialnym ludziom.
Aha! I nie chodzi o stawianie "Niemców za wzór dla nas". Chodzi o to, żeby się rozejrzeć wokół siebie trochę i zamiast uparcie bronić swojej racji, wychylić trochę nosa i samemu sprawdzić, że może faktycznie gdzieś coś da się zrobić lepiej. Branie z kogoś, komu udało się zrobić coś fajnego, to żaden wstyd.
To mądrość życiowa.